sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 3.

Obudziłam się w szpitalu. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy to, to co się dzieje z Thiago. Ale coś było nie tak... Widziałam to samo, co przed straceniem przytomności... Nie widziałam nic! Spanikowałam. Ktoś złapał moją rękę.
- Kim jesteś!? - zaczęłam się drzeć.
- To ja Leo. O co chodzi. Nie poznajesz mnie? Popatrz się na mnie...
- Leo? Ja... ja... Nie widzę!
- Ale jak to? Przecież miało być wszystko dobrze... Pytałem się lekarza o twój stan zdro...
Leo nie zdążył dąkończyć, gdy do sali weszła moja przyjaciółka. Shaki.
- Kochanie! Jak się czujesz? Ja i Gercio się martwiliśmy. Siedziałam tu cały czas, ale Leo mnie wygonił, bo stwierdził, że mam się iść wyspać. Ale dzisiaj postanowiłam wcześnie wstać. - W głosie Shakiry było słychać szczęście. Słuchałam jej co ma mi do powiedzenia, tępo wpatrując się w czarny punkt przed moimi oczami. - A tobie co? Nie cieszysz się, że jestem tu?
- Chodź Shaki. Wytłumaczę ci wszystko, ale na korytarzu. Przy okazji pójdziemy do lekarza. - Messi ostatni raz uścisnął moją rękę i odszedł. Słyszałam tylko zamykające się drzwi. Przerażony głos Kolumbijki i zaniepokojony głos Argentyńczyka.
Po 10:00 minutach Shakira wróciła do mnie siadając i mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Wiedziałam, że się martwi. Nadal nie mogłam przyzwyczaić się do ciemności, którą widziałam.
- Witam moją pacjentkę! - usłyszałam głos doktora Vegi. - Co się dzieje?
- Nie widzę. Ale mam pytanie co z Thiago? - w pokoju zapadła krępująca cisza. Ja nie wiedziałam co się dzieje. Jakie mają miny? Co mają mi do powiedzenia?
- Thiago... On... Nie przeżył. Został postrzelony, tak jak pani, Antonello.
- Co!? On... Nie ma go?! Nie! To nie prawda! - zaczęłam krzyczeć i płakać. Nie mogłam w to uwierzyć. Ale już wtedy obiecałam sobie, że swoje dziecko nazwę Thiago.
- Spokojnie! Anto! - Leo usiadł na łóżku trzymając moje dłonie i uspakajając mnie. - Anto! Już!? Wszystko dobrze...!
Po chwili udało się mnie uspokoić. Ale nadal płakałam. Przeszłam serię badań, która wykazała, że jestem niewidoma z powodu utknięcia kuli w mojej głowie, która została usunięta operacyjnie. Dochodziła godzina 22:00. Poprosiłam Leo, by poszedł do domu. Chciałam zostać sama.

~*~

Obudził mnie lekarz z kolejną serią badań.
- Która godzina? - zapytałam.
- Jest 12:09.
- Tak długo spałam?
- Ale weźmy pod uwagę, że pani zasnęła tak ok. 23:30
- No też. - Uśmiechnęłam się. - A Leo już przyszedł?
- Nie. Jeszcze go nie było. Już idę. Mam innych pacjentów. Życzę zdrowia, pani Roccuzzo.
- Dziękuję. - czekałam, aż usłyszę zatrzaskiwanie się drzwi. Kiedy już tak się stało wstałam i zaczęłam liczyć kroki od czego do czego, by zorientować się w terenie. Lecz nagle wszedł Leo.
- Anto! Co ty robisz? Chcesz się przewrócić?
- Nie. Nie martw się. Popatrz. Od łóżka do komody jest 7 kroków. A na przykład cały pokój ma 21 kroków.
-  To nie wytłumaczenie, Antonello. Możesz zrobić sobie krzywdę.
- Ojej. Tak mi przykro! - Uśmiechnęłam się sama do siebie. Nie wiedziałam jeszcze gdzie wszystko było.
- Możesz już wyjść ze szpitala. Dostałem wypis od doktora Vegi, bo widać, że czujesz się dobrze. Zamieszkasz u mnie. Wszystko przygotowałem. Ale... Czy ty chcesz u mnie mieszkać?
- Nie mam nawet gdzie się podziać. A teraz, gdy straciłam wzrok jest jeszcze gorzej.
- Zostaniesz u mnie. Zaraz pomogę ci się spakować i pojedziemy do mojego domu.
Po chwili byłam spakowana i gotowa do wyjazdu. 

~*~

Gdy weszliśmy do wielkiej willi, Leo pokazał mi co i jak. Ja delikatnie dotykałam wszystkiego dłońmi. Słyszałam "mit", że niewidomi rozpoznają kolory po tym czy są zimne czy ciepłe. Ja nic nie czułam. Ale pewnie dlatego, że nie przyzwyczaiłam się do świata cieni. Było to trudne pogodzić się ze stratą wzroku, a jeszcze gorzej ze śmiercią mojego przyjaciela. 
- Anto! Gdzie jesteś? Mam dla ciebie niespodziankę! - Leo zaczął wołać mnie chyba z salonu. 
- Idę! - powoli zaczęłam schodzić po krętych schodach. Dobrze, że Leo tego nie widział, bo znów by mi zrobił lekcje "Jak powinnam się zachowywać". Doszłam do końca schodów wyszukując ściany. Ale się poddałam. 
- Leo! Gdzie jestem? Leo! Przyjdź po mnie!
- Wiedziałem. Znów chciałaś dopiąć swego? Musiałaś zwiedzić górę? No, tak. Chodź. - podszedł do mnie i powoli za rękę zaprowadził mnie do salonu i posadził na kanapie. - Daj rękę. Zobaczymy czy wiesz co to jest. - podałam mu posłusznie dłoń, i po chwili poczułam mięciutki futerko pod moimi palcami. 
- Leo! To pies! Dziękuję! - rzuciłam mu się na szyję i pocałowałam go, a on pocałował mnie. Ten pocałunek był najdłuższym i pierwszym w moim życiu. Leo pogłaskał mnie po policzku i zaczął drażnić mojego psa. 
- Jak go nazwiesz? To dziewczynka. 
- Suczka? Może... Misza? Tak! Misza. Misza! Chodź tu do mnie. - powiedziałam z ciepłem w głosie, by zachęcić do mnie pieska. Podeszła do mnie i polizała moją dłoń. Potem policzek. 
- Ej. Misza przestań! - Leo powiedział ze stanowczością w głosie. 
- Lionelu Messi. Przyzwyczaj się do tego, że teraz kochają mnie dwie osoby i musisz się mną podzielić. 
- Bardzo śmieszne, wiesz? Ale ja i tak byłem pierwszy. - Leo się zaśmiał, a ja się do niego dołączyłam. - Cieszę się, że jesteś ze mną. Pokazałaś mi, że życie może być piękniejsze  niż Piłka. Dziękuję. 
- Nie dziękuj. I właśnie dlatego wisisz mi przysługę.
- Jaką? Dla ciebie, kochanie wszystko
- Więc. Musisz mnie nauczyć żyć w świecie cieni.
- Ale... Ja nic o tym nie wiem... 
- No digas nada... Leo. W moim świecie mogę tylko mówić, słuchać, dotykać.



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I jak? Kompletny brak wenyyyy. Wiem. Rozdział przynudza. Mi nie podoba się za bardzo, ale opinię zostawiam wam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz